1) Graliśmy albo na klepisku, które bardziej nadawałoby się chyba do piłki plażowej niż nożnej, albo na terenie zdemolowanej stadniny, gdzie nawierzchnia po bokach "boiska" była tak nierówna, że źle stając można było sobie skręcić kostkę.
2) Prawie nikt nie chodził na treningi młodzików do pobliskiego klubu (Start Otwock). Po pierwsze trzeba by było przetrzymać trenera-idiotę, maratony po lesie (bo po co dzieciakowi technika) i piekielnie nudne ćwiczenia (masz i kop, aż wreszcie wpadniesz na pomysł, jak kopać dobrze). Po drugie natomiast do klubu chodzili tylko nieudacznicy; wszyscy lepiej grający w piłkę grali na podwórku.
Jakie wynikają z tego wnioski? Brak boisk to pierwsza rzecz. Na moim osiedlu na obrzeżu Otwocka zmieniło się tylko tyle, że nasze stare klepisko zarosło (całkiem ładne brzózki się tam posiały, tak nawiasem mówiąc). Co prawda nadal są jakieś "boiska", tzn. kawałek niskiej trawy lub ubitego piachu z prowizorycznymi bramkami lub słupkami ustawionymi na końcach, ale teraz nie bardzo jest już komu na nich grać. Jedyne, co się jako tako w Otwocku rozwija, to tzw. liga szóstek, czyli rozgrywki piłki ulicznej (bo jakoś trzeba nazwać grę 6 na 6 na asfalcie), ale grają tam tylko dorośli.
Druga rzecz to fatalna baza treningowa. Kilka lat temu trenera-idiotę ("nie trzymaj piłki, tylko wypier..., słyszysz?!") widziałem przy rezerwach, więc dzieciakami się już chyba nie zajmuje, ale nie zmienia to faktu, że wstęp na trawiaste boisko ma chyba tylko pierwsza drużyna, reszta ćwiczy na piaskożużlowej nawierzchni, bo inaczej się bocznych boisk Startu chyba nazwać nie da.
Co tu dużo mówić, piłka nożna jest w Polsce utożsamiana z niskim poziomem sportowym, chamstwem i buractwem. Mało kto posyła swoje dzieci na treningi, większość zresztą i tak woli pograć np. w Trackmanię.
Ogólnie rzecz biorąc od piłki nożnej wolę oglądać biathlon, choć sytuacja w tym sporcie w Polsce też jest kiepściutka.





